Pewnego dnia wieczorem, gdy było jeszcze jasno, podeszła do mnie Nathalie.
- Bądź grzeczna Vanni. Idę coś upolować. Nie odchodź! - pouczała mnie.
- Oj dobrze, dobrze. - westchnęłam.
- Pamiętaj, ufam ci Vanni! - przypomniała i pobiegła w stronę lasu.
Zostałam sama. Przekrzywiłam głowę, ponieważ coś mignęło mi przed oczami. Z natury byłam ciekawska, więc wyszłam z nory. Jednocześnie łamiąc przykaz mamy. No trudno. Teraz zobaczyłam. Mała myszka biegająca sobie. Mama się ucieszy, jeśli zapoluję. Skoczyłam za nią. Powoli oddalała się. A ja za nią. Skakałam, świetnie się bawiłam. Po chwili przystanęłam.
- Chodź, chodź, tak... maleńka... - zachęcał ktoś ukryty w krzakach.
Kto to? Raczej wilk. Głos był znajomy.
Myszka pobiegła w krzaki. Tam, gdzie on siedział. Skoczyłam w tamtą stronę. I to było największym błędem, jaki popełniłam. W krzakach siedział mój ojciec, we własnej osobie. Uśmiechał się do mnie z satysfakcją. Objął łapą i odparł:
- Wreszcie cię mam. Będziesz potrzebna dla mojego syna. - zaśmiał się szyderczo. - Jako żona. - dodał. - Nikt cię nie...u...rr....
Nie dokończył. Od tyłu wskoczyła na niego Nathalie. Stała mu na brzuchu i wrogo patrzyła.
- Matthew! Jak możesz! To nie twój teren. Uciekaj, zostaw Rachel! Nie będzie żadną żoną! Nikogo! A ona jest za młoda. Próbowałeś zrobić z nią tak jak ze mną? Hę? Ani się waż! - zaczęła rozkazywać.
Jednak on się podniósł, spokojnie, i odparł:
- Nati, to NASZE dziecko. Przyszła żona mojego syna, czy tego chcesz, czy nie. - spokojny ton, jakim mówił, zdenerwował Nathalie. Tylko ON zwracał się do niej Nati.
Wkurzona, wezwała swoje węże.
- Skales (czyt. Skeils)! - zawołała.
Wąż wykopał się z ziemi i przemówił.
- Do usług. - odpowiedział.
- Na niego! Do jego watahy. Związać mu pysk. - rozkazała.
- Ale... - zaczął mój ojciec.
Jeden z wojska węża owinął się wokół pyska Matthew'a. Węże popełzały lasem z wilkiem. Wracając z mamą, przyrzekłam, że nigdy nie wyjdę bez jej pozwolenia sama z jaskini.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz