Pewnego dnia wyszłam coś upolować. Spytałam mamę, która się zgodziła. Mam pół godziny. Ruszyłam więc do lasu. Rośliny z Quest'u zatruwały coraz większe tereny. Co oznaczało mniej pożywienia dla watahy. Westchnęłam. Poszłam nad wodopój, napiłam się i wytropiłam młodą sarnę. Zbliżała się do roślin. Potem przystanęła, wyraźnie zaniepokojona.
- Wyczuła mnie - pomyślałam.
Skradając się, podeszłam do niej i skoczyłam. Zabiłam ją. Zjadłam trochę, już poczułam, że źle zrobiłam. No tak, sarna zjadła trujące rośliny. A ja ją. Czyli... jednak upadłam na ziemię. Zemdlałam. Zdążyłam tylko zawołać:
- Nati, mam...o!
Potem słyszałam ciszę. Trochę pokrzykiwań Nathalie, w stylu:
- Szukać jej!
- Nie lenić się!
- Ruchy, ruchy!
- Gdzieś tu jest, czuję ją!
Potem ktoś mnie zaniósł do nory. W nocy się obudziłam. Nathalie spała. Jak wszyscy, zresztą.
- Będzie trudno je wyplewić. - westchnęłam i zasnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz